PRZESTROGI I POUCZENIA

Że polski teatr zasługuje na kilka słów reprymendy, wiemy nie od dziś. Krytyka, która dotąd docierała doń niejako od wewnątrz, teraz przychodzi z zagranicy. Jej autorem jest rosyjski reżyser Konstantin Bogomołow.  

Program artystyczny tego twórcy ma na celu walkę z rosyjską normą, czyli teatrem jako świątynią martwego profesjonalizmu, teatrem wykoncypowanej misji, teatrem „kapłańskim”, który mówi „w poważny sposób o poważnych sprawach”, używając w bogobojny sposób tradycyjnej literatury. Bogomołow proponuje na scenie intelektualną prowokację w formie karnawału – oczyszczający z jednej, a jątrzący z drugiej strony proces wywracania rzeczywistości do góry nogami. Okrzyczano go geniuszem (także w prasie polskiej, co uczynił np. Paweł Goźliński w „Wyborczej” z 16 maja br.), moda na jego spektakle przybiera histeryczne rozmiary. Nie mam zamiaru polemizować z jego ujęciem teatru, choć na pewno warte jest dyskusji (głównie zapytania, jak taki teatr ma działać w świecie współczesnym, poddanym doszczętnej wydawałoby się karnawalizacji i pomieszaniu porządków). Chodzi mi jedynie o wywiad, którego „najciekawszy i najgłośniejszy” twórca współczesnego rosyjskiego teatru udzielił Anecie Kyzioł („Polityka”, nr 20 z 15 maja br. – na e-teatrze http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/162594.html). Wywiad o znamiennym tytule „Wy do tyłu, my do przodu” czytałem z rosnącym zdumieniem. Najwyraźniej jest ono jedynie moim udziałem – od momentu jego publikacji minął ponad tydzień, ale nikt nie zabrał na ten temat głosu.

Tytuł rozmowy dowodzi, że jest ona próbą zestawienia sytuacji teatru polskiego z teatrem rosyjskim. To porównanie nie wypada na naszą korzyść. Jak dotąd Bogomołow uczył się w pewnym sensie na spektaklach m.in. Lupy i Warlikowskiego, mówił o polskim teatrze w samych superlatywach, upatrywał w nim wzoru dla sceny rosyjskiej. Dziś, ledwie kilka miesięcy później, zauważa, że „polscy artyści mają mniejsze rozeznanie w tym, co obecnie dzieje się w europejskim teatrze, niż młodzi Rosjanie”. A więc w teatralnej gonitwie Rosjanie właśnie nas prześcigają. Dlaczego? Dlatego, że zbyt mało patrzymy na Berlin, choć – jak słusznie zauważa Bogomołow – bliżej do niego z Warszawy niż z Moskwy. Tymczasem „nowe pokolenie twórców [rosyjskich] – mówi reżyser – nagle poczuło, że jest bardzo opóźnione, i zaczęło się bardzo intensywnie karmić tym, co zdarzyło się w teatrze europejskim w ostatniej dekadzie. Intensywność połykania tych informacji zaczyna skutkować albo poskutkuje w najbliższym czasie dużym skokiem artystycznym”. Oby tak było, choć zdrowy rozsądek podpowiada, że „intensywne połykanie” może się skończyć czymś zgoła odmiennym.

Twórcy polskiego teatru są opóźnieni bynajmniej nie dlatego, że swego opóźnienia nie zauważają. „Podczas rozmów z polskimi artystami okazało się, że oni także są już zmęczeni sprzedażą swoich emocji, udawaniem, że naprawdę coś na scenie przeżywają, że oddają swoją duszę” (wielka szkoda, żebrak tu konkretnych nazwisk). Pomińmy milczeniem wątpliwość, czy można być w ogóle artystą nie sprzedając emocji. W każdym razie tego rodzaju zabiegi Bogomołow nazywa żebractwem, a uciekający się do psychologizmu teatr – trupem. Teatr bowiem nie służy do pokazywania przeżyć, lecz poglądów, nie jest domeną emocji, lecz intelektu. (precyzuję za innym wywiadem, którego reżyser udzielił Izabeli Szymańskiej w „Wyborczej” z 16 maja br.). „O wiele ciekawsze dla mnie od wypowiedzi na jakiś konkretny temat polityczny jest prowokowanie widza, znajdowanie w nim bolesnych punktów”.

Wymowie tych stwierdzeń sam reżyser zdaje się zaprzeczać. W dalszej części wywiadu mówi bowiem: „Młode pokolenie artystów teatru zaczyna właśnie walkę o możliwość manifestowania osobistego stosunku do świata i sztuki”. Swój teatr nazywa „przejawem indywidualnego ja, osobistego spojrzenia na świat”. A więc da się pogodzić indywidualne spojrzenie z brakiem emocji? Można manifestować osobisty stosunek i nie „udawać, że się coś przeżywa”?

Wypowiedzi Bogomołowa wydają się powtórką zamierzchłych dysput o „sztuce postępowej”. Być może cały ten program artystyczny jest adekwatny do sytuacji teatralnej Rosji, ale dlaczego najwyraźniej robi się z rosyjskiego reżysera oręż przeciw zacofanej jakoby polskiej scenie? Jeśli przyjmuje się jak słowo objawione jego sugestie, że w kraju, w którym działali Grotowski i Kantor, mamy do nadrobienia to wszystko, czym karmi się publiczność Berlina i innych zachodnich centrów? Skąd przekonanie, że właśnie tam bije serce teatru? I że takie serce istnieje tylko jedno?

Robert Urbański

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: