LUDOŻERKA

Kilka lat temu kolega aktor odstąpił mi pracę, której z powodu innych zobowiązań akurat nie mógł zrealizować. Polegała ona na odwiedzeniu jednego dnia kilku szkół i spotkaniach z młodzieżą. Na początku się ucieszyłem, bo na nadmiar pracy w tamtym czasie narzekać nie mogłem, wynagrodzenie było godziwe a i samo zadanie wydawało się ciekawe. Był tylko jeden mały szczegół. Kolega ów, to aktor jak to mawiają paparazzo – „ z ryjem”, czyli znany. Nawet bardzo znany. Mnie z kolei do bycia „ryjem”, tak wtedy, jak i teraz, raczej daleko, nad czym jednak specjalnie nie ubolewam. 

Z niepokojem zapytałem: „stary, ale jak ja mam ciebie zastąpić i co mam im gadać, skoro oni czekają na znanego z telewizji ciebie, a nie na nikomu nieznanego mnie?” W odpowiedzi usłyszałem: „nie przejmuj się tym, po prostu nawijaj o aktorstwie, o serialach, w których grałeś, o telewizji. To jest ludożerka, oni wszystko wchłoną, co im powiesz.” Po tych słowach trochę mnie zmroziło, ale pomyślałem, że podejmę rękawicę, bo raz, że potrzebowałem pieniędzy, a dwa, że w sumie to wyzwanie jak by nie patrzeć jest. Postanowiłem jednak zrobić to po swojemu. Następnego dnia odwiedziłem trzy szkoły. Za każdym razem czekało na mnie, a raczej na niego, kilkuset uczniów i nauczycieli. Jakież było ich rozczarowanie, kiedy zamiast znanego „ryja” wyszedł nieznany nikomu, początkujący aktor, o którym w sumie tylko dlatego wiadomo, że jest aktorem, bo sam o tym mówi i próbuje jeszcze przekonać wszystkich, że jest fajnie. Jako, że nie miałem takiego zaplecza medialnego jak kolega, pomyślałem, że nie będę podpierał się tymi kilkoma nędznymi epizodami w serialikach, które miałem wtedy na koncie, bo czeka mnie sromotna klęska, a postaram się opowiedzieć o swojej pasji, o specyfice studiów aktorskich, pracy w teatrze, o tym, jak to jest uprawiać ten zawód z satysfakcją, żyć z tego i nie pojawiać się we wszystkich programach śniadaniowych czy innych teletygodniach.

Zadziałało. Po kilku chwilach nieufności, paru jękach zawodu na powitanie udawało mi się za każdym razem zdobyć publiczność i rozwijały się bardzo ciekawe dyskusje o teatrze, literaturze, filmach. A co odważniejsi zgłaszali nawet chęć uczestniczenia w drobnych zadaniach aktorskich. O „ryju”, który miał przyjechać, a nie przyjechał zapominali. Wymagało to nie lada wysiłku (również fizycznego), ale nagrodą była satysfakcja z uczciwie wykonanej pracy i uśmiechy na twarzach ludzi, którzy jeszcze przez długi czas podchodzili i z zaciekawieniem zadawali pytania oraz prosili o wspólne zdjęcie.

Przytoczyłem tę anegdotę, bo od jakiegoś czasu intensywnie zastanawiam się nad tym, jak i czy w ogóle można scharakteryzować oczekiwania przeciętnego widza i wyjść im naprzeciw?  Takiego widza, który może i by nawet chciał, ale nieczęsto bywa w teatrze, bo na przykład zamieszkuje średniej wielkości miasteczko, w którym wyjście do teatru wymaga przygotowań i poświęceń niczym wyprawa w Himalaje, więc zazwyczaj kończy się jeżdżeniem palcem po rubryce kultura w lokalnej gazecie, tudzież ćwiczeniem kciuka na pilocie telewizora. Czy takiego potencjalnego widza można nazwać „ludożercą”, żądnym wyłącznie znanych „ryjów” i krwi gladiatowów z TVNu lub Polsatu, a co za tym idzie, należy wedle domniemanego życzenia karmić go tym surowym mięsem albo raczej  tą skórą i kośćmi? Czy może jest tak, że to podaż kształtuje popyt i oczekiwania widza są wprost proporcjonalne do tego, co jest mu oferowane oraz jak łatwy jest do tego dostęp? Patrząc na powodzenie wszelkiego rodzaju teatralnych produktów, w których grają, albo raczej występują znane z telewizji „ryje” i na które bilety w domach kultury i remizach rozchodzą się w mgnieniu oka pomimo, że do tanich nie należą, trudno o poczucie misji. Przypominają mi się w tym momencie słowa jednego z bohaterów farsy, którą widziałem niedawno w pewnym „spokojnym, cichym mieście szarym”: „Ludzie na ogół chcą prostych rzeczy. Jeśli się ich nie inspiruje, ich oczekiwania są coraz mniejsze”. Kwestia ta walnęła mnie po łbie z siłą gogolowskiego „Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!” Przecież każdy chce zobaczyć na żywo znanego z telewizora „ryja”, poobcować przez chwilę z żywym „ryjem”, mieć go na wyciągnięcie ręki. To dowartościowuje, przybliża do wielkiego świata…

A kiedy do tej samej miejscowości przyjeżdża teatr ze spektaklem, w którym grają mało znani, chociaż zdolni i ciekawi aktorzy, kiedy wychodzi z propozycją niełatwą, skłaniającą do intelektualnego wysiłku, ale niekoniecznie też ciężką, przeciwnie, równie śmieszną, ale mądrzej śmieszną, to biuro obsługi widzów na rzęsach staje, żeby salę szkołami zapełnić. Kiedyś można było jeszcze liczyć na wojsko, ale odkąd obowiązkowa służba zasadnicza zniesiona, to i kamaszy na widowni ze świecą szukać.

Idealistyczne podejście do tematu nakazuje mi trwać w przekonaniu, że warto, że należy walczyć o widza, wierzyć w niego, zachęcać, przekonywać, ośmielać, oswajać z nieznanym, proponować, zmuszać do myślenia i prowokować do dyskusji. Że tak trzeba, bo wtedy jest sens. Rzeczywistość często jednak wali w „ryja”.

Robert Zawadzki

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: