Teatr nie jest dla publiczności!!!

Krzyśku,
uczysz w szkole teatralnej, jesteś spośród nas najwłaściwszym adresatem informacji, jaką posiadłem podczas Forum Młodej Reżyserii w Krakowie. Otóż miła pani dziekan wydziału reżyserii przekazała mi wieść, że nikt na owym wydziale nie uczy młodych reżyserów, że teatr jest dla publiczności! Więcej, zarzuty o braku komunikatywności, jakie czasem pojawiają się po egzaminach rzeczonych adeptów, wywołują protest i replikę, że „tak właśnie ma być”. „Wie pan – dodała pani dziekan – im tak wcześnie mówi się, że są genialni, dostają nagrody, są rozchwytywani, więc co my możemy, co my możemy….”.
Zamurowało mnie. Szok, jakiego doznałem jest nawet nieco większy niż ten, kiedy przeczytałem postulat dyrektora jednego z modnych teatrów, aby ministerstwo kultury zaczęło wreszcie finansować programy edukacji publiczności, tak, żeby ta rozumiała nowy teatr.  Teatr nie jest dla publiczności? Komunikatywność nie powinna być naczelną zasadą? Pora umierać, jak mawiali klasycy. Rozumiem jeszcze – bo tak się działo i działać będzie – że polska teatr zalewa jedna ideologia i jedna estetyka, ale przecież nawet w sytuacjach nadzwyczajnych szkoły artystyczne broniły zasad, warsztatu, obiektywizmu. Żeby namalować awangardowe dzieło trzeba najpierw nauczyć się namalować martwą naturę, nie jest tak?

Jacek Głomb
—————-

krzysztof_kopkaJacku,
dawno, dawno temu został nakręcony pewien film: jedna panna kochała kawalera z wzajemnością i byli oboje bardzo szczęśliwi. Niestety o coś się posprzeczali i on odszedł. W ostatniej scenie filmu panna biegnie na dworzec kolejowy, wbiega na peron, staje z ‚miną tragiczną’, po jej twarzy przesuwają się, coraz szybciej i szybciej refleksy światła a z offu dobiega narastający łoskot odjeżdżającego pociągu.
The End.
Publiczność była wściekła: o co chodzi? Odnalazła panna kawalera czy nie? Wyjaśnili sobie nieporozumienie i żyli długo i szczęśliwie czy jednak na koniec on okazał się nieczułym potworem? Reżyser „Świateł wielkiego miasta” Charlie Chaplin musiał się gęsto tłumaczyć z takiego zakończenia. Publiczność przyzwyczajona do filmów w których rzucony tort musi w kogoś trafić nie zrozumiała tak metaforycznego zakończenia.
To jest sytuacja banalna, która w każdej dziedzinie sztuki zdarzały się tysiąc razy i jeszcze tysiąc razy się wydarzy. Bo sztuka zawsze tkwi na ruchomej granicy tego co jeszcze niewyrażalne, ledwo-ledwo przeczute i tego, co już strywializowane. I na tej granicy tkwi też reżyser, w tym koszmarnym balansie między natchnionym bełkotaniem a prawieniem komunałów.
Wiem, że tu się ze mną zgodzisz bo przecież sam w czasach kiedy swoją misję cały teatr polski widział w szukaniu najczarniejszej czerni dla malowania depresyjnych światów Sarah Kane (gdzie dziś ta autorka? Na której scenie? Kto jeszcze o niej pamięta?), sam wtedy robiłeś spektakl o Benku Cyganie, o złodziejskim honorze i skazanej na zagładę dzielnicy. I to jeszcze zanim medialne Koło Fortuny się obróciło, zanim wskazało, że teraz należy nosić nie depresyjną czerń, że raczej w czerwieni zaangażowania społecznego nam do twarzy. Że mamy oddać głos wykluczonym.
Szkoła ma kształcić dla teatru. Takiego jaki jest. Pomieszanie w szkołach wynika z pomieszania w teatrze. Bo teatr III Rzeczpospolitej to teatr sezonowych mód. Raz mini, raz maxi, raz społecznie, raz introwertycznie a za każdym razem powierzchownie. Powierzchownie dlatego, że nie ma narzędzi, nie ma warsztatu, żeby zejść głębiej. Szkoła chce nadążać, nie chce być uważana za skostniałą Akademię, ulega szantażowi. Woli dyskutować o feminizmie niż pracować w nieskończoność nad ustawieniem sceny z „Trzech sióstr”.

Krzysztof Kopka
—————-

Drodzy Kontrrewolucjoniści,
odpisuję na szybko, kierując Waszą uwagę na wywiad z Janem Klatą dotyczący premiery „Wesela hrabiego Orgaza” sprzed dwóch lat:

MONIKA KWAŚNIEWSKA: Fabuła tego spektaklu jest nielinearna, a język bardzo skomplikowany. Nie baliście się, że nie zostaniecie zrozumiani?
JAN KLATA: Śmieszna jest przemożna potrzeba rozumienia – zwłaszcza w teatrze, w którym tworzy Krystian Lupa. Cieszy mnie to, jak wirtuozersko aktorzy radzą sobie z meandryczną wyobraźnią Jaworskiego. Na przykład Krzysztof Globisz doszedł do wniosku, że jeśli tekst jest niezwykle trudny, to trzeba dodać do niego jeszcze trudniejszą formę – dlatego niektóre kwestie mówi z amerykańskim akcentem.

Prowokacyjnie można by zapytać: A może coś jest na rzeczy? Może teatr, w którym wpada się w trans jak mysz patrząca w oko węża, także ma sens? Tyle że jednocześnie ten teatr chlubi się swoim intelektualnym ładunkiem i tutaj mamy już chyba do czynienia z jakimś rodzajem schizofrenii. Chyba że chodzi tylko o zrozumienie, że wszystkiego nie da się zrozumieć, ale to konstatacja dość wątpliwej świeżości i obnoszenie się z nią nie powinno być dla nikogo jako tako rozgarniętego tytułem chwały.

Robert Urbański
—————-

katarzyna_knychalskaDrodzy,
mam silne poczucie, że nie o zrozumienie tu idzie. Daleka jestem od opinii, że logiczny komunikat, jest jedyną i świętą wartością sztuki. I w tym miejscu pojawić się powinien śmieszny już i wyświechtany argument – a teatr tańca? Nie tylko ten, bo przecież jest cała masa przedstawień, których sens tkwi w owym transie, przywołanym trochę ironiczne przez Roberta.   Może to co powiem będzie skazą na moim kontrrewolucyjnym honorze – widz nie zawsze musi rozumieć! Teatr nie zawsze musi być do rozumienia. Co więcej – zamknijcie mnie w lochach za te słowa – sami byśmy zwariowali, gdyby z teatralnych desek serwowano nam tylko doktrynalnie pojmowane „opowieści”. Żadna to wbrew pozorom skomplikowana łamigłówka  – klucz we wspomnianej przez kolegę schizofrenii. Bo dziś zderza się nas z przedziwnym paradoksem: zupełnie niezrozumiały jest ten teatr, który sam przeznacza się do rozumienia i jednocześnie niezrozumieniem chlubi! Teatr ten nigdy nie wyprze się komunikatywności (bo przecież zawsze „jesteśmy dla widzów!”) ale równie uparcie nie chce wyprzeć się swoich fascynacji akurat tymi teoriami, które nie tylko komunikację utrudniają, ale wręcz jej przeczą.
To nie tylko schizofrenia. To też choroba przesytu. To nieumiejętnie wykorzystana wolność. Brak dyscypliny – nie tylko intelektualnej, ale i formalnej. Zgarnianie do piaskownicy wszystkich zabawek i miotanie się – którymi ja mam się teraz bawić?
A szkoły?  Krzysiek ma rację – co tu się dziwić, że są takie jak teatr, skoro do niego właśnie mają przygotowywać? Wierzmy, że zawsze znajdzie się jeden wykładowca, który powie: ‘jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego’ i dwóch studentów, którzy się z nim zgodzą.

Katarzyna  Knychalska
—————-

krzysztof_kopkaKochani,
mam nieodparte wrażenie, że nasza dyskusja rozpoczęta prostym i ważnym pytaniem Jacka zrobiła nam się w trakcie swego trwania very sophisticated.
Jam to zaczął, jam ten fatalny ton poddał więc czuję, że teraz to ja powinienem powrócić do początku i prosto odpowiedzieć na postawione pytanie: czy reżyser powinien dążyć do tego by być zrozumiałym dla widza? Odpowiedź moja brzmi: tak.
Czy samo to dążenie wystarcza? Nie, albowiem piekło wybrukowane jest dobrymi chęciami i samo pragnienie, aby być komunikatywnym o niczym nie przesądza.
Co więc robić? Co zwłaszcza szkoły teatralne w tej sytuacji powinny uczynić?
Niech bardzo jasno i na piśmie oświadczą, że nie są w stanie nauczyć nikogo, jak być Artystą Teatru. Niech powiedzą tym bidnym kandydatom: kochani, z nikogo z was nie możemy zrobić Krystiana Lupy, bo ani nie wykonujemy operacji plastycznych, ani nie fałszujemy dowodów osobistych, ani tym bardziej nie opanowaliśmy technologii genetycznej replikacji. Możemy za to nauczyć was pracy z aktorem, niełatwej sztuki stawiania mu zadań scenicznych, dbania o konsekwencję i logikę w rozwoju „perspektywy postaci” i „perspektywy roli”. Pokażemy wam jak wygląda reżyserskie czytanie tekstu. Będziemy was uczyć jak nadawać rytm scenom i całemu spektaklowi a także – jak owe rytmy zmieniać, łamać. Poznacie zasady tworzenia przestrzeni przez światło i wprowadzania muzyki do spektaklu,  tak żeby była ona aktywnym czynnikiem dramatycznym,  a nie jedynie ilustracją.
To zaś czy wszystkie te umiejętności wykorzystacie na robienie „Wesela Fonsia” i „Mayday’a” czy Thomasa Bernharda – to już wasz wybór i wasze ryzyko, kochani moi.
Jeśli to takie proste, to dlaczego szkoły tego nie robią?
Bo uczenie warsztatu jest… upierdliwe. Żmudne. Pracochłonne. Nudne wreszcie, bo wymaga ciągłych powtórzeń i korekt. Wymaga natężenia uwagi ze strony pedagoga, który musi wychwycić źródła błędów i niekonsekwencji w oglądanej studenckiej etiudzie i umieć je nazwać.
Jak Bozię kocham – sto razy lepiej dywagować przy kawce o Sloterdijku, Lacanie i Agambenie!
W naszym życiu istnieje tajemnica i istnieje niezrozumiałość. Tajemnica jest immanentna. Niezrozumiałość można wyjaśnić: dopytać, doczytać, domyśleć.
W teatrze „tajemnicy” dotykają nieliczni. Artyści teatru. Niezrozumialców jest legion.
Często mylimy jednych z drugimi.

Krzysztof Kopka

Reklamy

One comment

  1. Do Szanownego Towarzystwa Kontrrewolucyjnego Jest to sprawa bezwzglednie bezdyskusyjna ze teatr ,w kazdej swej poczwarze,bez ludzi po tej drugiej stronie rampy nie istnieje. Chociaz mozna grac Trzy siostry do czwartej sciany ,to jest to takie umowne potraktowanie publicznosci ,ktora sie jednak traktuje. Bywalo ze w swej przepastnej historii teatr niejednokrotnie chlostany byl przez roznej masci Znachorow ,ktorzy w swych ciemnych laboratoriach ,w atmosferze egzaltacji i pretensjalnego uniesienia ,przeprowadzali dosc osobliwe doswiadczenia,eliminujac ten istotny skladnik jakim publika jest ,tworzac tym samym miksture o mocno otrzachliwym smaku. Osobiscie nie naleze do amatorow takowych trunkow ,wiec wylewam to za kolnierz, cytujac klasyka proponuje :Nie prubowac wylac nie pic tylko sloncem sie pokrzepic! Mysle jednak ze nie warto publicznosci traktowac jak bande idiotow ,ktorych w drodze na „ustawke” ,pod grozba odciecia kablowki zaciagnieto do teatru. Dosyc obrzydliwe jest ,kiedy ku chwale zrobienia dobrze bez pardonu ,publice wchodzi sie w kuper,plawiac sie w fontanie dosc naciagnietych komplementow. Nie jest tez slodkie to takie ,kiedy tworcy zakochuja sie bez pamieci w publiznosci ,czego skutkiem czesto jest smierc przez pieszczote ,uspienie calusem czy zduszenie przytulasem. A kiedy bezkrytyczna milosc rozlewa sie obustronnie ,to juz tylko zostaje fikanie na polanie i zbieranie mleczow. Podejrzane z lekka jest tez tak zwane „wychowanie” sobie publicznosci. Bo coz to innego znaczy jak nie pewne dostosowanie ,ustawienie ,wrzucenie w jedynie sluszne wartosci . No bo co? rodzic rzecze: to jest Be a To cacy , nie bierz tego do buzi bo brudne, nie krzycz ,sie nie wierc, odzywaj sie ladnie itd.. Wiec my tworcy badzmy uczciwi ,ambitni wymagajacy i solidni a publicznosc jest madra wyczuje to i nam sie odda ze wzajemnoscia! Pozdrawiam Rafal Cieluch

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: