Gdzie ona jest?

Sergiej Jefremow, młody aktor a także dyrektor moskiewskiego Teatru Komedia, poprosił mnie o wskazanie jakieś dobrej polskiej komedii współczesnej, bo bardzo by chciał ją wystawić u siebie. Zacząłem się głęboko zastanawiać i mało co mi do głowy przyszło poza „Tangiem” Mrożka, napisanym dwadzieścia lat przed urodzinami Sergieja…

Dlaczego tak jest? Dlaczego nie piszemy komedii? Dlaczego wieloletnie wysiłki Ewy Pilawskiej z Teatru Powszechnego w Łodzi, która zorganizowała konkurs na polską komedię współczesną ( dla amatorów i zawodowców, z nagrodami, zachętami, obietnicami premier) – spełzły na niczym? Dlaczego nie potrafimy spojrzeć na siebie i swoje, polskie, problemy z przymrużeniem oka, ironią, nie umiemy dostrzec ich komicznego aspektu?

Czy problem jest genologiczny: wąskie ramy gatunku nie są w stanie objąć złożoności dzisiejszego świata? Hm… Po pierwsze: był kiedyś świat mniej złożony? Po drugie: komedia niejedno ma imię – jest Cooney i jest Szekspir z Durrenmatem, prawda?

A może problem tkwi w psychologii (społecznej)? Może wyrywający nam  się nieraz z gardła chichot tłumi skutecznie wymóg politycznej poprawności?

Kochani, proszę, oświećcie mnie w tym względzie a jeśli dacie radę – podrzućcie jakiś tytuł. Sergiej czeka…

Krzysztof Kopka

—————-

Krzyśku,

Przecież nie jest tak, że nowe komedie nie powstają. Owszem, pisze się ich nawet dość sporo, także do teatru. Ale rzadko widać je na scenie. Czy tylko dlatego, że nie są dość dobre?

Mam poczucie, że napisanie komedii, która mieściłaby się w gatunkowych ramach, w Polsce nie uchodzi. I z jednej, i z drugiej strony intelektualnej barykady usytuowali się jej wrogowie. Większość autorów marzy o dziele, które wstrząśnie sumieniem narodu i zmieni życie milionów, nawet jeśli na jawie muszą klecić kolejny odcinek telenoweli. Większość recenzentów marzy o wielkim kinie, teatrze, książce, nawet jeśli pospolitość zwykle skrzeczy i żadna nowa produkcja nie jest spodziewaną rewelacją. Jest to problem w pewnym sensie „ducha narodowego” – Polakom zawsze lepiej wychodziło rozdzieranie szat i oddawanie życia w imię szczytnych ideałów niż wyśmiewanie absurdów rzeczywistości. Zawsze chętniej śmiali się z innych niż z siebie. Czy mógłby u nas powstać serial w rodzaju brytyjskich „Statystów” („Extras”), w którego każdym odcinku znana gwiazda pokazuje się z głupiej i ohydnej strony? Teatr (film itd.) nie ma być miejscem rozrywki, w teatrze trzeba się męczyć, bo inaczej recenzent napisze, że jest banalnie, stereotyp goni stereotyp i w ogóle szkoda czasu.

Inną kwestią jest, że komedia z jej formalną dyscypliną nie pasuje do owego darcia szat, do sztuki będącej domeną natchnienia, a nie rzemiosła. Wydaje się też gatunkiem skostniałym, który nie sprawdza się w czasach postmodernizmu. To ostatnie jednak teoretycznie nie powinno przeszkadzać, bo czy „Tango” (albo jakakolwiek sztuka Mrożka) jest istotnie „czystą” komedią?

A może w naszym rozbuchanym polskim indywidualizmie każdy ma tak osobne poczucie humoru, że śmiejemy się tylko z własnych dowcipów?

Robert Urbański

—————-

krzysztof_kopkaRobercie,

jak mawiał lokaj Smierdiakow: „Z mądrym człowiekiem to i porozmawiać ciekawie…”, więc dzięki za odpowiedź, bo dała mi do myślenia, choć też nie do końca w głowie rozjaśniła.

Wątpliwości są następujące:
1.    Fakt: komedie powstają. Byłem kilka lat temu ‚czytaczem’ w konkursie Teatru Powszechnego. Wpłynęło nań ponad 200 tekstów, które w 99,9% z komedią miały to wspólnego, że na konkurs na polską komedię współczesną zostały wysłane. Były więc kłopoty z nagrodą, którą miała być realizacja na scenie. Tylko i wyłącznie dlatego, że nie tylko nie były dość dobre, ale że były po prostu koszmarne – tępe, głupie, nudne i przygnębiające.
2.    Piszesz: gatunek skostniały, który nie sprawdza się w czasach postmodernizmu. Ale natychmiast sam się reflektujesz i przywołujesz Mrożka i „Tango”, które nie jest ‚komedią czystą’. Czy jednak ta ‚komedia czysta’ nie jest tylko teoretyczną fikcją, regulaminem ułożonym pracowicie przez literaturoznawcę, którego rasowy autor nigdy nawet nie czyta?
Co wspólnego z definicjami ojca Rapin i innych teoretyków klasycyzmu ma „Don Juan” Moliera albo „Wesele Figara”?

Albo na przykład taka „Opowieść zimowa” Szekspira – zazdrość (‚potwór zielonooki’) pchająca do skrytobójstwa, bestia niedźwiedź pożerający niewinne ofiary na ‚dzikim wybrzeżu morskim Czech” – gdyby się chwilę zastanowić to historyjka ta zacznie się nam jawić jako jakaś wersja „Otella”.
I słusznie: tyle że wersja – buffo. Nawet Warlikowski nie był w stanie przed laty, w Teatrze Nowym w Poznaniu, wyprać tę sztukę z jej komizmu.

Poza tym, jak twierdzą publicyści Radia Maryja, cała Europa równo jęczy w okowach postmodernizmu, nie tylko my. Ale tacy Anglicy na przykład jęczą owszem równo, a pod stołem smarują w kajetach komedię za komedią, a co jedna to śmieszniejsza. Francuzi, Rosjanie a nawet – o zgrozo! – Niemcy też!
Tylko my mamy z tym kłopoty…

Strasznie dawno temu Andrzej Kijowski napisał coś, co daje mi do myślenia: „Komedia jest nie tyle karykaturą społeczeństwa, ile parodią jego własnych wyobrażeń o sobie, to jest literatury. Warunkiem powstania komedii jest powaga literatury, w jakiejkolwiek ujawniona formie: komedia tę właśnie powagę wywraca i przez to jest śmieszna.”
Może tu pies pogrzebany?

Krzysztof Kopka

—————-

Panowie,

jak upublicznimy tę rozmowę – a taki mamy przecież zamiar – zaraz okaże się, że tych komedii współczesnych jest cała masa i się będziemy gęsto tłumaczyć. Problem więc chyba nie w tym, że ich nie ma, ale jakie są. Że nasi współcześni dramaturdzy piszą często dla siebie, a nie teatru. Że teatru nie lubią i są w nim często z konieczności, bo Hollywarsaw nie zaprasza. W Legnicy przecież czytamy teksty, które do nas ślą autorzy i w zatrważająco wielu przypadkach nie da się tym tekstem rozmawiać, nie da się opowiadać.
Może tak było zawsze na świecie, ale jakoś mi się zdaje, że teraz autorów jakoś więcej.

I jeszcze jedno. To znowu wrażenie, że ten nasz współczesny świat jakoś taki pozagatunkowy, że lepiej nam wychodzą opowieści „i do śmiechu, i do płaczu”. Bo czy „Orkiestra”, którą Krzyśku napisałeś jest komedią, czy dramatem. Widzowie na niej – zaświadczam bom był ostatnio na widowni w Lublinie i Zabrzu i śmieją się, i wzruszają. Więc co to jest?

Jacek Głomb

12.00

1024×768

—————-

Panowie,

Trochę się nam wszystko poplątało i żaden z nas już nie wie, w czym problem. Niby komedie są, a niby nie ma. Niby się je pisze, a wystawiać nie ma czego. Niby istnieje potrzeba, aby powstawały, a z drugiej strony ich funkcję być może lepiej spełniają utwory o niejasnej przynależności genologicznej. Na każdą z tych wątpliwości istnieje jakaś odpowiedź, i to z gatunku najgorszych komunałów.

Po pierwsze tak bywa w literaturze, teatrze, muzyce, że na jedno arcydzieło przypada ileś utworów słabszych. Być może gdybyśmy objęli refleksją inne gatunki sztuki, wrażenie byłoby podobne – że wybitnych osiągnięć nie ma zbyt wiele. Z komedią sprawa o tyle prostsza, że kryterium weryfikujące jej poziom jest niekłamane – albo się śmiejemy, albo nie. Nie sposób tu niczego udać, naciągnąć, rozdmuchać.

Po drugie pisze się komedie, dużo komedii, podobnie jak mnóstwo innych tekstów, przy użyciu komputerów. Każdy może sobie napisać i wydrukować tekst, który wygląda nieskazitelnie, profesjonalnie, i z dumą przedstawić go rodzinie podczas świątecznej kolacji. Tymczasem jest rzeczą powszechnie znaną, że wymyślenie tekstu i zapisanie go to w najlepszym wypadku połowa pracy. Można by tu na poparcie tej tezy cytować dziesiątki autorów z Czechowem na czele. Łatwość fizycznego sporządzenia tekstu jest szkodliwą złudą, która autorów usypia, każąc myśleć, że ich teksty są gotowe, podczas gdy prawdziwa twórcza męka skracania, modyfikowania, wyostrzania, puentowania dopiero się zaczyna.

Po trzecie autorzy nie mają zwykle potrzeby zagłębiania się w teoretyczne rozważania na temat gatunków i ich granic. Ale nie znaczy to, że ich wiedza, intuicja, doświadczenie nie mają im pomóc w określaniu właściwości tych gatunków, w wyczuciu, co może zbudować dobrą komedię, a co ją położy. Nie lekceważyłbym tego, na co wskazuje Jacek – że autorzy piszą dla siebie, nie dla teatru (czyli nie dla publiczności), mają więc za nic zasadę Szekspira, który w końcowym monologu Burzy zdradza ustami Prospera, że chce publice „dobrej dostarczyć zabawy”.

A wreszcie święte słowa Kijowskiego – że warunkiem komizmu jest istnienie powagi. Nie sposób nie rozejrzeć się wkoło i nie pomyśleć, że w naszej ojczyźnie pod płaszczykiem powagi istnieje absurd, cynizm, obłęd i zadęcie. Z odpowiedniej odległości są one nawet upiornie zabawne, ale jakże je wywrócić? Co powstanie, jeśli się człowiek za to zabierze? Niestety, nic innego, tylko wielka, ssąca otchłań Nudy.

Robert Urbański

Normal
0

21

false
false
false

PL
X-NONE
X-NONE

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-priority:99;
mso-style-qformat:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”,”serif”;}

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: